tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
UWAGA. DO TEJ KATEGORII OGŁOSZENIA BĘDĄ ...
czytaj dalej »

REMONTY, KOMPLEKSOWE WYKOŃCZENIA WNĘTRZ, glazura, ...
czytaj dalej »

GABINET pediatryczno-pneumonologiczno-alergologicz ...
czytaj dalej »
 
Kultura

 Znów chce mi się śmiać, chce mi się żyć

 



Ewa Błaszczyk podczas recitalu w Tomaszowie, 13 grudnia br.


Z Ewą Błaszczyk, aktorką, piosenkarką, założycielką
fundacji „Akogo?” rozmawia Marzanna Majewska.
- Przyjechała pani do Tomaszowa z recitalem „Nawet gdy wichura”, ale to nie jest pierwsza wizyta w naszym mieście?
- No nie. Właśnie przed chwilą, gdy długo czekałam na rachunek za obiad w hotelowej restauracji, przypominałam sobie, że już tu byłam.
- A pamięta pani kiedy i z jakiej okazji?
- Byliśmy na jakiejś wysepce. W jakimś parku? Był Zygmunt Konieczny, Jan Jakub Kolski, ojciec Góra. Dawali nam jakieś nagrody.
- A dokładniej, co to były za nagrody i za co?
- Każdy dostał chyba za coś innego? Pamiętam, że była jeszcze pani z fundacji „Mam marzenie” i Piotrek Piwowarczyk. Dostaliśmy ordery... za naszą działalność, ale nie pamiętam jego nazwy.
- Została pani damą orderu ECCE HOMO, a kapituła przyznała go pani za „oddanie swego talentu chorym dzieciom, za miłość, wiarę i uporczywą walkę o prawo do życia dzieci pogrążonych w śpiączce”. Było to dwa lata temu.
- Teraz sobie przypominam.
- Po nieszczęśliwym wypadku pani córki Oli, założyła pani wraz z ks. Drozdowiczem fundację „Akogo?”. Jednym z zadań jakie sobie postawiliście jest budowa przy Centrum Zdrowia Dziecka kliniki „Budzik”, w której długotrwałemu leczeniu i rehabilitacji będą mogły być poddawane dzieci po ciężkich urazach mózgu, znajdujące się w śpiączce. Na jakim etapie jest budowa tej kliniki?
- Obecnie jest to stan surowy zamknięty. Z zewnątrz to bardzo pięknie wygląda, ale trzeba jeszcze zrobić środek, a potem ją wyposażyć. Czekamy na pieniądze europejskie, ale przede wszystkim na podpisanie takiego programu międzyresortowego czy rządowego, w każdym razie będzie to eksperymentalny program przygotowany pod jednostkę chorobową, którą się zajmujemy. To będzie najtrudniejszy kawałek pracy.
- Do tej pory śpiączka nie była traktowana jako jednostka chorobowa?
- Jej leczenie nie było nigdy finansowane, dlatego jest taka żałosna sytuacja w całym kraju. Każdy szpital chce się jak najszybciej pozbyć takiego problemu, bo nie ma tego z czego sfinansować. Poza tym nie ma ani fachowców, ani miejsca nacelowanego na ten temat, ani zasady jak to wszystko ma się kręcić.
- Kiedy przewidujecie uruchomienie kliniki dla pierwszych pacjentów?
- Jesteśmy gotowi choćby już, ale wszystko trzeba robić po kolei. Najpierw musimy dostać te pieniądze z Unii. Ale jeszcze wcześniej pod patronatem Ministerstwa Zdrowia musi być uruchomiony program, o którym już mówiłam, bo inaczej nie dostaniemy tych pieniędzy.
- A dużo jeszcze brakuje?
- Sporo.
- Ile miejsc będzie w klinice?
- Przygotowanych będzie 15 miejsc dla dzieci, ale każde z nich będzie mogło być tam z rodzicem, więc już tych miejsc od razu robi się trzydzieści. Rodzic lub opiekun będzie mógł przebywać z dzieckiem 24 godziny na dobę.
- Czy ta klinika będzie jedyna, czy zamierzacie takich „Budzików” zbudować więcej?
- Przy każdym większym szpitalu powinien być przynajmniej oddział dla dzieci z takimi schorzeniami, ale jeśli mam być szczera, to musiałabym mieć kilka żyć, by tego dokonać.
- Czyli czuje się pani już tym wszystkim zmęczona?
- To mało powiedziane. My pokazaliśmy jak coś zrobić, stworzyliśmy takie klocki lego, z których już każdy może zbudować sobie co chce.
- Tworząc fundację kilka lat temu i planując budowę kliniki, nie spodziewała się pani, że będzie tak trudno?
- Nie, nie spodziewałam się.
- Ola jest w śpiączce od dziewięciu lat. Czuje się już pani z tą sytuacją pogodzona?
- Tkwię w tym, co mi dał los. Teraz jest w miarę stabilnie, ale to jest tak, że dziś jest dobrze, a jutro może przyjść np. zapalenie płuc. W każdej chwili może się coś zdarzyć.
- Próbowała pani już różnych terapii, by poprawić stan Oli, w tym terapii komórkami macierzystymi w moskiewskiej klinice.
- Próbowałam i próbuję. Wszystkiego co świat ma do zaoferowania na ten temat. Ale czy to coś da... Pewnie nie, bo za późno zaczęliśmy to robić. Sześć lat od urazu, to zbyt długo. Walczymy, ale rozpoczętą terapię musimy nieraz przerywać. Tak było np. wtedy, gdy Ola musiała przejść bardzo trudną operację kręgosłupa albo wtedy, gdy musiała przejść komisję bioetyczną, żeby zrobić port do głowy. Po prostu walka z wiatrakami. A to oczywiście wszystko jest zwrócone przeciwko dziecku, przeciwko terapii, która, żeby była skuteczna, musi być systematyczna. To mnóstwo nerwów, stresu i walki z ludzką głupotą. Szkoda nawet tego komentować, ale w takim właśnie świecie żyjemy.
- Mówi się, że co nas nie zabije, to nas wzmocni.
- Niekoniecznie. Nie uważam, że cierpienie uszlachetnia. Myślę, że do jakiejś granicy można jeszcze pobudzić swoją wrażliwość, wyobraźnię. Potem jednak, gdy się zaczyna rozpacz, wynikają z tego chyba tylko same złe rzeczy.
- Jak pani poradziła sobie w tym najtrudniejszym momencie, kiedy najpierw niespodziewanie zmarł pani mąż Jacek Janczarski, a chwilę później, w niecałe pół roku po pierwszej tragedii, nieszczęśliwemu wypadkowi uległa Ola?
- Nigdy nie odwracałam się od ludzi i bardzo szybko uciekłam w pracę. Najpierw w zawodową, później w fundacyjną.
- A jak w tym wszystkim odnalazła się pani druga córka - Mania?
- Na początku to widziałam, że bardzo wierzy w to, że Ola do nas szybko dołączy. Później zaczęła więcej z całej sytuacji rozumieć i bardziej się do tego dystansować. Teraz w naszym codziennym życiu jesteśmy z Olą taką, jaką ona jest. To po prostu nasze życie.
- Czy Mania nie była zazdrosna o to, że poświęca pani więcej czasu Oli niż jej?
- Nie poświęcam. Ola i Mania są jak naczynia połączone. Zawsze jest hasło „my”, „nasze” życie. Po prostu muszę to wszystko utrzymać w harmonii. Wentylem, który wpuszcza do mojego życia trochę świeżego powietrza jest sztuka. Dzisiaj, podczas recitalu, też złapię trochę pozytywnej energii, którą później przeniosę tam, do domu.
- Mania czasami towarzyszy pani na scenie.
- Już wcześniej zabierałam ją do teatru, bo nie chciała zostawać sama w domu. Potem, gdy zaczęłam pracę nad recitalem, zaczęła akompaniować na gitarze, teraz też śpiewa. Jeździmy razem na występy i mamy czas, by pogadać w samochodzie czy samolocie. Oglądamy razem piękne miasta. To nasz sposób na bycie razem.
- Czy w takim razie Mania ma czas na własne życie?
- Oczywiście. Ma przyjaciółki, co w jej wieku jest chyba najważniejsze. Poza tym chodzi na hiszpański, gra w tenisa, na gitarze, śpiewa , wychodzi na spotkania. Na szczęście faceci jeszcze się nie zaczęli (śmiech).
- Ostatnio obie z Manią wyjechałyście na wakacje w miejsce, w którym całą czwórką spędziliście ostatnie rodzinne, szczęśliwe chwile.
- Tak to było akurat dziesięć lat temu. Taka czasowa pętla się zrobiła.
- Czy to była próba ostatecznego rozliczenia się z przeszłością, zamknięcia pewnego etapu w pani życiu?
- Tak. Zrobiłam też sztukę „Rok magicznego myślenia”, która dotyka bliskich mi problemów i emocji. Chciałam zamknąć jedne drzwi, a otworzyć kolejne. Myślę, że wyjazd i ta sztuka spełniły rolę pewnego katharsis. Był to też rodzaj terapii. Nie było to łatwe, ale na pewno miało sens. Teraz miejsca, których nie mogłam odwiedzać nawet w wyobraźni, stały się odczarowane.
- Czy w takim razie w pani życiu jest już miejsce dla kogoś jeszcze oprócz córek?
- Myślę, że tak i to już od pewnego czasu. Nie mam już wyobrażeń niemożliwych do spełnienia. Jestem już w jakiś sposób poukładana. Znów chce mi się śmiać, chce mi się żyć.
- Ma pani odwagę znów marzyć?
- Oczywiście, tyle tylko, że głośno o tym nie mówię. Bez marzeń życie nie ma sensu. Jednak takie intymne rzeczy pozostawiam dla siebie.
- W pani życiu osobistym zaszły duże zmiany, a w życiu zawodowym?
- Ostatnio zrobiłam „Więź”, „Rok magicznego myślenia”, sama od a do zet recital „Nawet gdy wichura”. Wybierałam teksty, biegałam za kompozytorami. Nie zawsze jednak przyjmuję propozycje, które otrzymuję. Czasem dostaję coś bardzo ciekawego, czasem mniej. Z wartościowszych rzeczy zrobiłam ostatnio „Nienasycenie” Witkacego, a w maju wzięłam udział w produkcji „Mistyfikacja”, też o Witkacym. To film fabularny, który ma wejść na ekrany w lutym przyszłego roku. Ma bardzo ciekawy, wielopoziomowy scenariusz.
- Grała też pani w sitcomach.
- Jeśli chce się zarabiać pieniądze i jednocześnie być w tym samym miejscu, gdzie się mieszka, to jest to jakieś poczucie stabilizacji. Często też aktorzy, którzy chcą pracować w zawodzie, nie mają innego wyjścia.
- Pani nigdy nie dała się zaszufladkować. Klara z „Nadzoru” i Kasia Piórecka ze „Zmienników” to dwie zupełnie różne postacie.
- Tak, bo ja zawsze sprzeciwiałam się takiej sztampie wyobrażeniowej, że jak coś się sprawdziło, to jedzie się z tym numerem w nieskończoność. Czasami nawet wybieram słabszą rolę, aby zrobić coś innego, niż robiłam poprzednio.
- Jest pani już za zakrętem. Czego teraz oczekuje pani od życia?
- Chciałabym mieć zapewniony spokój bytowo. Ważne dla mnie jest też to, żebym mogła dać Oli to, co ma dziś do zaoferowania świat. Na pewno cierpiałabym bardzo, gdybym nie mogła dać jej czegoś, co wiem, że jest możliwe i co pomaga. A tak poza tym to nie potrzebuję dużo. Szukam może tylko ludzi z rozbudowaną duchowością. Chciałabym też nie ocierać się o negatywne emocje, bo to mnie dołuje.
- Czy po zakończeniu budowy „Budzika” pozostanie pani nadal związana z fundacją?
- Na pewno tak. Odejdą co prawda prace związane bezpośrednio z budową, ale chciałabym się wtedy związać bliżej ze światem nauki. Sprowadzać np. ciekawe wykłady o tym, co się aktualnie na świecie dzieje, jeśli chodzi o postępy w neurologii i leczeniu śpiączki.
- Zbliżają się święta. To chyba dla pani szczególnie trudny czas?
- Święta co roku są u mnie, bo wiadomo, że ja z domu w tym czasie nie wyjdę. Przychodzą rodzice, rodzina. Ale ja nie lubię świąt. W dzieciństwie miałam fajne święta. Spędzaliśmy je w domu dziadków. Zawsze było mnóstwo gości, dzieci, takiego ciepła, ale najważniejsze było to, co jest między ludźmi, a nie na stole. Teraz też nie jest dla mnie ważne co i ile zjem, ale z kim. A zamiast składać sobie życzenia, przytulamy się.
- My jednak życzymy pani wszystkiego najlepszego w nowym roku. Dziękuję za rozmowę.

W maju 2000 roku, kilka miesięcy po śmierci męża Ewy Błaszczyk - Jacka Janczarskiego (pisarza, dramaturga, satyryka, scenarzysty filmowego), jej córki Ola i Mania zażywały tabletki przeciwgrypowe. Ola, popijając tabletkę, zakrztusiła się wodą, która dostała się do płuc. U dziewczynki nastąpiło niedotlenienie mózgu, które spowodowało śpiączkę. Ola cały czas jest poddawana rehabilitacji. Odzyskała wzrok, ale nic nie mówi (jest to tzw. śpiączka czuwająca).
Fundacja „Akogo?” została założona w 2002 roku przez Ewę Błaszczyk-Janczarską oraz ks. Wojtka Drozdowicza (twórcę programu „Ziarno” w TVP). Celem fundacji jest pomoc dzieciom po ciężkich urazach mózgu oraz wybudowanie pierwszej w Polsce kliniki-wzorca przy oddziale Rehabilitacji Neurologicznej w Centrum Zdrowia Dziecka - Centralnym Szpitalu Dziecięcym w Polsce, gdzie te najcięższe przypadki trafiają. Pacjent będzie leczony i rehabilitowany nawet do półtora roku po wypadku, według indywidualnego programu, który ustalą wspólnie lekarze, rehabilitanci i rodzice.
Aby zakończyć budowę, potrzebne są duże nakłady finansowe. Każdy kto chciałby wspomóc fundację, może np. przekazać jeden procent podatku lub dokonać bezpośredniej wpłaty na jej konto. Fundacje wspomożemy także wysyłając SMS o treści „Budzimy” pod numer 73101 (koszt 3,66 zł z VAT). Więcej informacji (w tym numery kont bankowych i KRS) można uzyskać na stronie internetowej fundacji „Akogo?” pod adresem www.akogo.pl.
Foto: S. Skalski, MarMajs


Artykuł ukazał się w wydaniu nr 51 (1014) z dnia 24 Grudnia 2009r.
 
Kontakt z TIT
Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Biuro ogłoszeń
ogloszenia@pajpress.com.pl

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Dział reklamy
tel: (44) 724 64 17 wew. 28

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Redakcja
tel: (44) 724 24 00
redakcja@tomaszow-tit.pl
Artykuły
Informator