tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
PEDIATRA A. ŚMIETANKA. Wizyty domowe, tel. 44 ...
czytaj dalej »

BICOM mgr. E. RUSINEK Komputerowe testowanie i ...
czytaj dalej »

CYKLINOWANIE, układanie parkietów, renowacja ...
czytaj dalej »
 
Kultura

 O Literacki Laur Arbuza

 

Jak co roku, udostępniamy młodym twórcom świąteczne łamy TIT-u. Poniżej drukujemy prace tomaszowian, nagrodzone i wyróżnione w organizowanym przez II LO konkursie literackim. Tradycyjnie też życzymy miłej lektury.


============================================

I nagroda
Bartłomiej Nawrocki
II Liceum Ogólnokształcące

Les Lettres

Dla Ciebie, toujours.
„Mam świadomość, ile zła wyrządziłem, nie słuchając Cię: jak bardzo zawiodłaś się na mnie - na tym, który powtarzał wciąż, że Cię kocha… mam nadzieję, że przyjmiesz po raz kolejny moje przeprosiny, od których zaczynam każdy list. Przepraszam i błagam o wybaczenie.
(…) stacjonujemy już tutaj od kilku dni. Słusznie mówił Staff (a powtarzali za nim inni, pośród nich i Ty, ma chere), że „Wojna to najgorsze zło zrodzone w bezrozumie.” Czemuż wtedy nie usłuchaliśmy? Każdy jeden, co przebywa tu ze mną, miał w rodzinie głos rozsądku, podobny twojemu - wszyscyśmy jednak byli mądrzejsi. Zdawało nam się, że to bohaterstwo (Ach! Niech będzie przeklęty młodzieńczy idealizm, ten kusiciel na pustyni zepsucia!), żeśmy szlachetni, jak niegdyś pospolite ruszenie (…). My, którzyśmy mundury brudnozielone przyoblekli w husarskie skrzydła męstwa, którzyśmy z uśmiechem na twarzy wykrzykiwali za Sienkiewiczem „Mała wojna, mała sława; WIELKA WOJNA, WIELKA SŁAWA!”. Głupcy z nas, a mówimy już jedynie „Na zachodzie bez zmian”.
Widzisz kochana, wielu nas tutaj jest z uniwersytetów - wykształconych, stanowiących fleur de l'intelligentsia polonaise. Wydaje się wprost niemożliwym, abyśmy dali się wciągnąć w ten wir przemocy i śmierci, w te hańbiące uczynki, które kolejno napawały nas zgrozą, później zdawały się lśnić od chwały w sierpniowym słońcu, gdyśmy szli na pobór, a przez które teraz żaden z nas nie może spojrzeć sobie w twarz (byśmy choć mieli tutaj lustro). Mam na ten temat własną koncepcję; byliśmy zbyt blisko literatury i narodowych mitów, zbyt blisko wszelkiej maści Kordianów i Konradów, aby nie ulec ideałom walki. Dlatego teraz chłop siedzi na gospodarstwie troszcząc się tylko o siebie, a my walczymy za jego wolność (choć cóż nią jest?). Padliśmy ofiarą własnej mądrości.
(…) Spotkałem kolegę: pamiętasz może Antoniego? Rozmawiamy teraz codziennie po francusku, aby nie zapomnieć języka naszej „drugiej ojczyzny”. Moje plany nie uległy zmianie, tylko odroczeniu. Czekam więc wciąż na odpowiedź.
Je t'aime.
PS Tutaj nikt nie powie c'est la vie. Przywykliśmy do innego powiedzenia, które świadczy o naszej obojętności i morale. Wzruszamy tylko ramionami. C'est la guerre.”

Listy kochanków zazwyczaj obfite są w uczucia - i głupcem jest ten, kto widzi w niech jedynie miłość i nie stara się wyczytać więcej. Już sam ten fragment dostarcza nam wiedzy o stanie emocjonalnym tego nieszczęśliwego człowieka, o jego rozpaczy, żalu, smutku, gniewie, tęsknocie i rozgoryczeniu. Nie jest to jednak list ciekawy, wręcz przeciwnie - jak większość listów miłosnych, w dodatku listów z okresu wojny (lub wojen - bo choć konflikty były różne, ludzie zawsze mieli sobie do powiedzenia to samo), cechuje go nadmierna wręcz egzaltacja, ekspozycja cierpienia i niemożność cofnięcia czasu ni podjętych decyzji. Czemu więc to pismo znalazło się tutaj?
Listy bowiem to niezwykłe twory, można by rzec: istoty (co już nadaje im rangę stworzeń żyjących, a w domyśle również i czujących), których losów nigdy nie będziemy w stanie poznać ani przewidzieć od początku do końca. Tłumaczenie dzieciom tej delikatnej ścieżki za pomocą kilku słów „nadawca - poczta - transport-poczta - listonosz - odbiorca”, jest jak ograniczanie życia tych biednych katolików do li tylko siedmiu sakramentów, wycinając spomiędzy nich to, co w istocie stanowi ich duszę. Dlatego też, umieszczam tu ten list (co swą drogę przemierzał nie tyle w przestrzeni, a w czasie), który pod podany na kopercie adres trafił dopiero po sześćdziesięciu latach. Do kobiety, która nie miała, czy też nie chciała mieć z adresatką nic wspólnego. Niemożliwym jest więc prześledzić jego wędrówki od początku do końca - udało się jednak ustalić, że przewędrował sporą część starego kontynentu - tak, że kiedy listonosz wrzucał go do tej właściwej skrzynki, na kopercie widniały stemple pocztowe Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Francji i po wielu latach Polski. Odpowiedzi było wiele, a wszystkie trzymane w starym blaszanym pudełku po czekoladkach - koperty nigdy nie wysłane, adresowane tylko imieniem i nazwiskiem.

„...nie chcę być, rozumiesz, całe życie owym Grandem Camusa, nie chciałbym całego życia poświęcić jednemu zdaniu. To czysta głupota, to raz, dwa: najstraszniejszy los, tak zajmować się przez lata jedną tylko amazonką i kłusem jej ciemnej, gniadej, czarnej, tłustej, pięknej, smukłej, i Bóg raczy wiedzieć jakiej jeszcze, kasztanki. Słuchaj, przecież nie jest jeszcze ze mną tak źle, powiedz sam? A może i jest? Zacząć szukać rozkoszy jak najbardziej ziemskich i jak najmocniej cielesnych, miast trwonić czas na karmieniu mojego wątpliwej wartości ducha myślami, sentencjami i traktatami trzymającymi ten sam (a zatem nędzny) poziom? Czasem wydaje mi się, że grafomanię i egzaltuję się nad wyraz, że mój styl jest zwyczajnie najgorszego sortu, pomysły zaś dorównują polotem pomysłom karczmarzy z Bulwaru św. Michała. I już mam rzucić to wszystko i zacząć żyć normalnie, tradycyjnie i bez artystycznych zapędów, gdy wzrok mój pada na tomy, które sygnowano dawno moim nazwiskiem. Bo coś mi się jednak w tym życiu udało, nie sposób zaprzeczyć. Pomóż przyjacielu! (…) Tyś mi surowym ojcem, który podniesie po upadku, matką, która otrze łzy i bratem, który wesprze ramieniem w drodze do domu. Tyś mi wszystkim, czego nie miałem.
Pomysł! Kłamią, że wena to wymysł romantyków, mnie nawiedza bowiem równie często, co pozostałe moje dwie kochanki - depresja i impotencja. Słucha tego i niech sczeznę, jeśli to nie chwyci ludzi za serca. Będzie to forma traktatu, rozprawy o - i tu uważaj - listach. O listach, z przytaczanymi listami, innymi słowy: o listach w listach, rozumiesz? I gdyby uczynić to wszystko pracą emerytowanego profesora, akademickiego nauczyciela, który pomaga swoim uczniom rozwiązać pewien problem… czy też mędrca, co nada temu wszystkiemu wyraz tajemniczości?
„Bo czym jest wiedza, jeśli nie sekretem?
Kim jest mędrzec, jeśli nie powiernikiem tej tajemnicy?”
Sam jeszcze nie wiem, jak dokładnie ma to wyglądać… cały koncept oparty będzie zaś właśnie o osobę piszącego. A popularność zależy od tego, czy czytelnicy ową osobowość odgadną…
Mylne wskazówki, fałszywe tropy i nikły ślad prawdy.
Słowem: nic nie jest tym na co wygląda.”

Warto dodać, że pisarze to ludzie bez pojęcia, którzy tym bardziej zbliżają się do rzeczywistości, im bardziej chcą się od niej oddalić. I tworząc, nigdy do końca nie zdają sobie sprawy z tego, że krok po kroku opisują czyjeś życie. Często swoje własne.
Listy znacznie ułatwiają międzyludzką komunikację - i nie należy rozpatrywać tego pod kątem uproszczenia czy też „uprymitywnienia”. Złożoność zabiegu polega na całkowitym bezpieczeństwie, jakie daje puszącemu, odległość między nadawcą a odbiorcą. Ta świadomość wyzwala w nas szczerość i zabija, tak powszechny w dzisiejszych czasach, wstyd przed swoimi uczuciami. Słowa zawarte w liście pozostają nadal naszymi słowami, tyle że bardziej przemyślanymi, emocje są prawdziwe, może nawet prawdziwsze od tych uwalnianych w czasie rozmowy, ponieważ nie powstają pod wpływem chwili; są często trwalsze od samego autora. Przede wszystkim zaś, listy dają nam czas: czas na zastanowienie się nad danym problemem, rozważanie wszystkich za i przeciw. Szczerość i rozwaga cechują nasze listy. Jeśli, oczywiście pisane są do przyjaciół, celem zwierzenia… bo równie łatwo jest pisać prawdę, co kłamać. Istnieje przecież możliwość fałszowania słów i uczuć, przekłamania w ocenie sytuacji, pewnego rodzaju przesadzona stronniczość w postrzeganiu rzeczywistości. I równie dobrze podpis przyjaciela może być podpisem wroga. Nigdy na odwrót, zapewniam Cię.

„Dziś proszę, żeby nie było poezji. Tylko nasze słowa i my, tacy prawdziwi, jak jeszcze nigdy. Liczę, że przyjmiesz moje warunki, inaczej nie mogę Ci zagwarantować, czy przeczytam kolejny zabarwiony fałszem i fantazją list. Chciałabym poznać twoje imię… bo Ty nie wiesz jak Cię w myślach nazywam. Otóż jesteś „cmentarnym przyjacielem”. Spytasz pewnie, po co mi twoje imię, skoro już Cię nazwałam, a tym samym oswoiłam Cię, stworzyłam dla siebie… zacytujesz mi pewnie mądrość rodem z Saint-Exupe¶ry¶ego. Odpowiem ci jak prosta kobieta: wolę znać twoje imię, na wypadek, gdybyś pewnego dnia, oczekiwanie lub nie, zamienił się w „cmentarnego kochanka”.
Wyobrażam sobie Ciebie bardzo często: siedzisz w pokoju, pełnym półek z książkami i ciemności, poza którą boisz się wyjść. Twoja stalówka błyszczy; to że piszesz piórem nie ulega wątpliwości. Charakter pisma masz ozdobny, a w każdym zawijasie kryje się co innego. Postawiłabym na banalny zestaw samotności, miłości i pożądania. Nie kłam.
Czasem przerażają mnie twoje listy - pełne mądrości, rad, przypowieści… każdy tak samo schludny, inteligentny, staranny. Jakbyś z ich pomocą chciał odgrodzić się od świata, ukryć uczucia. Często, oprócz charakteru pisma nie ma w nich nic twojego - podpisujesz się pod pustą kartką. Jesteś nieuczciwy w stosunku do mnie i tego co piszę. A ja czuję się źle, że za każdym razem Ci się poddaję. Tak jak teraz. Na początku stawiam „żądania, które przez prośby przechodzą w błagania”. To wiersz, mój. Przeczytam Ci go…
…kiedy wreszcie się spotkamy? Czasem mam ochotę poprosić o pomoc tego młodego księdza, który tyle czasu spędza między grobami a Bogiem. Spotkaj się ze mną, nie chcę więcej listów. Pozwól mi na siebie spojrzeć.

PS Znałam człowieka, który pisał tak jak Ty. Same rady i mądrości - żadnych uczuć. Powiadają, że stracił je na wojnie.
PS Bóg - to mnie właśnie przeraża. Twoje listy są pełne Boga. Jeszcze nie przekonałeś się, że nie istnieje, prawda?”

Ten wiersz:
Żądania, które przez prośby przechodzą w błagania,
Kiedy przed Tobą padam na kolana.
Odwracasz się do mnie skrzydłami swoimi.
Nie spojrzysz mi w oczy z kpiącym uśmiechem.
Nie odpowiesz na słowa znakami cudownymi.
Skrzydła rozłożysz, znikniesz, zostawisz.
Jedno czarne pióro spadające z przestworzy.

„Ja za to (przepraszam, że zacznę od końca), znałem człowieka, który porozumiewał się ze światem tylko za pomocą listów i nigdy nie czekał na odpowiedź. Pochodził z tego gatunku osób, które nie potrzebują rozmówców, tylko słuchaczy. Chciał mieć do kogo pisać, a ja wielokrotnie to wykorzystywałem, nie odpisując mu. Listy przychodziły same, bez słowa nagany, czy ponaglenia z jego strony. Do pewnego czasu. Wiesz czemu Ci o nim mówię? Wydaje mi się, że lepiej zrobimy, kiedy ograniczymy się tylko do listów.
Za wszelką cenę, chcę uniknąć losu „cmentarnego kochanka”. Nie pytaj o mnie księdza - to zbyt dobry człowiek, żeby mógł mnie teraz znać. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, dziś zapomina o mnie każdego dnia. Nie chce i nie może zapamiętać. A ja bardzo chciałbym mu o Tobie opowiedzieć: o tym jak się poznaliśmy i o tym jak zmieniam się pod twoim wpływem. Te wszystkie wiersze, które cytowałem, były jego. Ma talent, prawda?
Nie wiem dlaczego odwlekam ten moment. Mam dziwne wrażenie, że kiedy poznasz moje imię zakocham się w Tobie od razu. A może to już się stało? I dlatego chcę pozostać dla Ciebie tajemnicą, nie zdradzać zbyt wiele przed pierwszym pocałunkiem?
Na imię mi Julian. Nauczyciele w szkole żartowali, że takie imię zobowiązuje.
Bardzo ładnie wyglądałaś ostatnim razem, na początku jesieni. Do twarzy Ci w czerwonym.

PS Nie powiedziałem, dlaczego nie czekał na odpowiedź. Najważniejsze były dla niego listy, w których powtarzał często „aimer” i „adorer” (francuski obok niej był jego drugą namiętnością). I na jeden z tych listów gdy najbardziej tego potrzebował, nie odpowiedziała. Czy warto czekać na następne?”

Ona - wdowa, która pod dużym kamieniem zostawiała na grobie męża listy.
On - ksiądz, który opiekował się cmentarzem i pewnego razu pod tym samym kamieniem zostawił dla niej odpowiedź.
Historia banalna i stara jak świat, którą straciłem zainteresowanie, kiedy zaczęli się spotykać - przestali do siebie pisać, a zaczęli mówić i całować.
Każdy, kto podejmuje się napisania listu zawiera w nim cząstkę swojej duszy. Przelewa na papier swoje myśli i zamiary, mniej lub bardziej szczere i podpisuje swoim imieniem i nazwiskiem, które ma się tylko jedne. Bo co znaczy podpis, który zdradzał i kłamał? Tyle samo co człowiek, który się nim posługuje - nic.
Znałem kiedyś filozofa, który również pisał listy. Rozważał w nich swoje teorie, stawiał kolejne hipotezy, pytał o sens istnienia i początek życia. Jego język był językiem myślicieli, więcej było w nim rozmyślań i swobodnych, niepołączonych z niczym zdań, niż konkretnej treści. Ale rozumiał to co pisze i rozumiał go jego adresat. Nie przytoczyłem tutaj żadnego z jego listów, bo uważam za nieetyczne tak daleko posuniętą ingerencję w czyjąś tożsamość. W porównaniu z tym nic nie znaczą listy kochanków, przyjaciół, zdrajców - żadna więź nie jest silniejsza od tej, która łączy człowieka z nim samym. Filozof ten pisał do siebie.
I często, gdy długo nie dostaje odpowiedzi myślę, czy nie jestem jemu podobny. Potem przychodzi list i uspokajam się na trochę tylko, pismo jest mi znane. „To naturalne - mówię sobie - znać charakter pisma człowieka, z którym wymienia się korespondencję.” I zaraz pytam „Może to moje pismo?”. Ziarno wątpliwości zostaje zasiane. Wariat staje się szaleńcem - wariatem uświadomionym. Bo kiedy żyjemy w jednej rzeczywistości, choćby nawet i wymyślonej, pozostajemy ludźmi, mniej lub bardziej szczęśliwymi. Dopiero, gdy na naszych oczach krzyżują się dwa światy… nie.
Nawet francuski mi zabrano.
Jean Philippe
PS Wiesz od kogo był pierwszy list, prawda?

Jean Philippe


=======================================


III nagroda
Maria Wolaniuk
II LO
Mała Hanna
Mała Hanna w łódce
(wspomnień)
płynie ku zimnemu prądowi
(zapomnienia)
jak gdyby nie umiała przewidzieć, co się stanie
(w życiu)

Mała Hanna wyciąga rączkę
(zbyt nachalnie)
i po raz pierwszy chce dotknąć fal
(i jego)
Woda cudownie otacza jej ciało
(on też)

Mała Hanna czuje już morze
(uczuć)
nagle przewraca łódkę
(nieostrożna!)
Znalazła się sama wśród toni
(z nowym balastem)

Valkoinen Kukka



==================================================



II nagroda
Agnieszka Wróblewska
II Liceum Ogólnokształcące
Nie mogę znieść odbijającego się po klatce schodowej stukotu piętnastocentymetrowych obcasów. Codziennie punkt dziewiąta wieczorem - z góry na dół, dziesiąta rano z dołu na górę: rozlega się głośnym echem stuk-puk, puk-stuk i tak istnym galopem szaleńczym przez pięć pięter. Nie baletki, trampki, nigdy botki, kozaczki, mokasyny, glany (niech zdzierżę) - tylko szpilki. Gdzie tam szpilki: pełnoformatowe krwiożercze i krwiopijcze szpile! To jest zdecydowanie zbyt wielki cios dla mej jeszcze młodzieńczej psychiki… Dlaczego? Pytam: dlaczego? Za jakie grzechy cierpią me uszy i dusza ma przeżarte na wskroś wszędobylskim stuk-pukiem obcasa? Nie lepiej, tak dla zdrowia i lepszego samopoczucia, balerinki? Przewiewne sandałki? Skórzane trzewiki? Nie wspomnę o samobiegających adidasach! Chociaż papucie babcine! Byle nie gorszyć, byle nie grać na nerwach, byle zdrowiej… Toż to stopa! Najmilsza część naszego cielesnego ciała fizycznego - stopa nie jest w stanie wytrzymać takiego wysiłku nad wysiłkami! Ileż można? I zawsze ta przeklęta szpila, nigdy poniżej piętnastego centymetra. Bez litości bezlitosny stuk-puk, puk-stuk przez pięć pięter po dziewięć stopni, razem czterdzieści pięć stuk-pukowych sztuk, nie wliczając podestu, co czyni, a raczej nie czyni, wiosny z jaskółkami latającymi po niebieskim nieboskłonie… Ja obłędu dostaję, sypiam, nie sypiam, nasłuchuję, w paranoję głęboką jak najgłębsze z najgłębszych rowów oceanicznych zapadam. Tonę! Od stuk-puków oblany zimnym potem leżę punkt dwudziesta pierwsza w łóżku i czekam okryty nerwami miast kołderką puchatą. Udręczony męką wprost cielesną jeszcze myślę o nadszarpniętych nerwach mych i gonitwie stuk-pukowatych obcasów na głowie, której to właścicielem jestem o dziwo ja. Próba utonięcia w objęciach wolnego od wszelkiego obuwia snu zakończyła się fiaskiem. Począł mnie dręczyć znak zapytania powstały pod wpływem ciszy niezwyczajnej. Gdzie obcas? Podejrzana sprawa; stuk-puka nie słychać. Ogłuchłem?! Słysz, słysz! Słyszysz? Masz mnie usłyszeć, halo, halo, jesteś tam? Nie, nie, nie… To raczej niemożliwa sprawa, w moim wieku nie traci się słuchu od tak sobie. Zaraz, może baterie odmówiły posłuszeństwa, po tym jakże wyczerpującym wyścigu czaso-obcasowym i dlatego zegarki się spieszą. Ale dokąd? Pojęcia bladego nie mam. Może brykają sobie na zielonej łączce, zażywając rozpustnych zabaw i świeżego powietrza wraz ze spóźnialskimi obcasami? Spokojnie. Zaraz powinny się pojawić, tylko bez zbędnej, zaburzającej wszelki porządek i klarowność umysłu paniki…
Nie ma! Nie ma ich! Nie wiem jak to możliwe, ale zniknęły, rozpłynęły się w powietrzu, wyleciały w kosmos, dostały skrzydeł i ogarnęła je nieprzemożona chęć pofruwania sobie w przestworzastych przestworzach… To nie ma sensu… Kto przy zdrowych zmysłach połasiłby się na stare, zniszczone, obdarte, wręcz zdezelowane, ale jednak wciąż działające i spełniające swoją stuk-pukowatą powinność, pożal się boże, obcasy?! Pewnie zjedli je wygłodniali szpilkożercy! Absurd. Moje nowiusieńkie, jeszcze pachnące świeżością szpileczki poszłyby z pewnością na pierwszy ogień pod ząb takiej wiecznie nienażartej zgrai morderców szpilkowych. Nie! Dłużej tego nie zniosę. Podbite blaszką stuk-puk musi się tradycyjnie odbyć, choćby nie wiem co miało się wydarzyć! Szpileczki, tatuś już do was idzie!
Pani Basia wyjrzała przez wizjer zaniepokojona hałasem na klatce schodowej. Jej zdziwienie nie miało granic, gdy oczom ukazał się niespotykany na co dzień obraz: mężczyzna, lat około trzydziestu pięciu biegnący w kilkunastocentymetrowych butach na obcasach. Zatem sprawcą owego zamieszania był sąsiad z drugiego? Nie, to nie mógł być on. Taki spokojny, miły, zawsze w drzwiach przepuści, prawdziwy dżentelmen, prawdziwy mężczyzna. „Musiało mi się przewidzieć. Już od tygodnia zbieram się do tego okulisty, co Marcia polecała… Zresztą ten judasz jakiś taki niewyraźny…” i pogrążona w rozmyślaniach, niezwracająca uwagi na rosnący harmider i jawne okrzyki niezadowolenia sąsiadów, z powodu wciąż sprintującego w szpilkach po schodach delikwenta, oddała się przerwanej drzemce, wetknąwszy uprzednio zatyczki do uszu. Zamiast baranów, liczyła skaczące z niezwykłą gracją pary butów. Na wysokich obcasach, rzecz jasna.
Bucio



================================================


Wyróżnienie
Joanna Zapart
II Liceum Ogólnokształcące
Ryjoprosiosłoniówka
e.


O nie, gdzieś w głowie znowu nawaliła mechaniczna ryjoprosiosłoniówka ze swoim metalowym zadkiem i zębami wypiłowanymi na ostre kły. Rr…, a może gr…, z pewnością nie miau. Nie, nie w tym momencie, bo był zupełnie biedny i nie miał nic, nawet koszuli, tylko tego prosiaka, ryjosłonio. Straszne zwierzę z metalowym tyłkiem - na dodatek, nie śmierdzi i nie je, gdyby nie oddychał byłby jak dywan tylko ryjoprosiosłoniowy z mechanicznym dupskiem, pupskiem, odwłokiem - tym twardym co z tyłu, bo przód to raczej wdzięczny prosiosłonioryjówkowy. Wracając - nawaliła. No niestety niedorobiona kreatura, na dodatek ograniczona zdennością mózgu, głowy, czaszki, mózgoczaszki. Wracając - ciasnej bowkażdymbądźrazieńciu ciemnej łepetyny, to tam żyje, no ta co nawaliła, zesunęła się, a on ją Tamtą, no tam w tej głowie przez ucho rozmawiają. Problem - bo ona nie mówi, na membranie zusznej, zbrzusznej morsem wybija a on słyszy, udaje, bo morsa nie zna raz był tylko - w wodzie 0 stopni na lądzie minus, londzie, loncie, lód no wkażdymbądź… ale świnia, ryjo… no słonio ów popsuta bywa problemem, szczególnie jeśli bieda i nie ma na drugą, może i niema, przygłucha, sklonowana i z metalowym siedzeniem, ale swoja własna i za darmo. Jak noga albo ręka, tylko głowa nie swoja - pożyczył - swoją zgubił na peronie, dla takiej z hipopo… - czy to ważne? No odwrócił się i spadła ryjoprosio za chuda i cienka nie utrzymała i ten tyłek, zadek, pupsko vel dupsko to też problemik niemały i co tam, i nawaliła, i w nowej gorzej mu działa głowie, ciemna i ciasna jak w tej, no jak w lodówce porzucony embrion się trochę czuje tak ble i ple, a nie mówi no bo przecież tym morsem dawała mu sygnały a on wtedy no, że się ten źle zmontował i głowę wsadził tam gdzie nie trzeba i słyszeć nie mógł, jelita głośne, nie słyszał, no nie mógł, nie umiał i popsuła się. Myślał, że może sobie mrówkę, za ryjówkę - nawet Bond no przecież Japończyka kiedyś z peruką taką z tego i z powiekami na żółto - mrówkę z ryjkiem. Nie wyszło - zadka nie miała metal potrzebny, dużo w organizmie daje tego tam różnych coś z krwią - mią mnią, mął, nią i nic tam nie działa.
Gdzieś w głowie nawaliła mechaniczna, i mówić stukać znaczy… e, zaczęła jakby zbudzona, to tym tyłkiem, tego, przydał się, wydał się do dźwięków.
e.


Empiryzm

… …
… .
Ezoteryzm…
Egzotyka.
… .
eurzyganizm.
Knyps z czubkiem



==================================================


III nagroda
Kalina Modlińska
II Liceum Ogólnokształcące
***
Dzień dobry. Jestem dziwką.

Nie patrzcie na mnie z takim zdziwieniem.
Przecież mieliście być szczerzy. Czyż nie? Tolerancyjni. Tak, to takie modne słowo ostatnio. Szkoda tylko, że jak widać, nie wcielone w życie. Siedzimy sobie grzecznie jak na spotkaniu AA… i po co było to wszystko? No dobra, wybaczam wam. Jesteście tylko ludźmi. Wiecie, że takie wasze spojrzenia bolą? Może trudno w to uwierzyć, ale ja nie jestem rzeczą, jestem osobą….! A to, że daję innym siebie, to bym powiedziała nawet, że szlachetnie… Nie zgadzacie się ze mną? Szczególnie panie. Dlaczego? Jak ludzie chodzą po domach i zbierają kasę dla upośledzonego dzieciaka by „znowu na jego ustach pojawił się uśmiech” to jest to dobroduszność, za to jak ja sprawiam by ktoś się uśmiechnął dając mu siebie to już rozpusta…
Strasznie konserwatywne podejście…
Pytacie skąd znam takie słowa? A czy mój zawód musi oznaczać, że jestem nie wykształcona? Zdziwię was, po raz kolejny zresztą. Znam trzy języki obce: angielski, rosyjski i francuski, obecnie uczę się jeszcze łaciny, niby wymarły język, ale dzięki niemu będę mogła czytać średniowieczne dzieła w oryginale. Właśnie kończę prace magisterską na temat, który będzie dla was i tak niezrozumiały, nie żebym wątpiła w waszą inteligencję, jednakże… Kto z was zna się na fizyce kwantowej? Tak też myślałam…
Czy moi rodzice wiedzą? Ale o czym? O tym, że studiuję? Oczywiście. Nie, o to wam chodzi. To o co? Że bzykam się z kim popadnie? Brawo dla tego pana, wreszcie stajecie się trochę bezpośredni. Nawet jakbym im powiedziała to by zapomnieli po paru dniach. Dlaczego? Są zbyt zajęci sobą i swoimi pieniędzmi. Znów zaskoczeni? No patrzcie, jestem młodą kobietą z dobrego domu z wykształceniem, z bogatymi rodzicami, którzy nie są alkoholikami, z ojcem, który mnie nie gwałcił po nocach i matką co nigdy nie podniosła na mnie ręki… a jednak upadłam tak nisko… Waszym zdaniem oczywiście.
To przecież nie moja wina… Hej, no dajcie spokój nie ja odpowiadam za swoje przeznaczenie. Nie my decydujemy kim się staniemy. Nie uważacie tak? No dobrze, fajnie. Spójrzcie wstecz i pomyślcie czy byście mogli coś zmienić w przeszłości tak by być kimś innym teraz. Bierzemy pod uwagę sytuację zależne tylko od nas. Ha! No właśnie…
To inni ludzie decydują kim będziemy. Jak mogłam się stać kimś innym, skoro mężczyźni traktowali mnie jak słodką, przelotną przygodę? Ja tylko chciałam, żeby mnie ktoś kochał… Ale nikt nie umiał… Kochali moją bliskość, moje oddanie i moje ciało. Szkoda nie? Byłam naiwna, wiem… Ale czy wy nigdy nie chcieliście mieć kogoś kto będzie zawsze? Kto będzie rozumiał? Dla kogo będziemy ważni? Nie patrzycie z taką kpiną…!
Jak człowiek spragniony miłości łapie się wszystkiego, choć doskonale wie, że to się źle kończy… Co innego miałam zrobić? Dawałam im siebie, bo myślałam, że wtedy zostaną… a później stało się to nałogiem. Głupia? Może macie rację… ale ambitna. I wciąż naiwna… lubię sprawiać ludziom radość… i wiążącą się z tym zazwyczaj przyjemność.
Grzeszę… taaaaak… robi się religijnie. Może i racja… ale kto z was jest bez grzechu? „Niechaj pierwszy rzuci kamień” He, he zaskoczeni, że znam Biblię, no patrzcie. Pozory mylą.
Czy kiedykolwiek w ogóle kochałam? Tak kochałam i to właśnie mnie zgubiło… Dlaczego? To proste. Ja kochałam jego całego i pod każdym względem, on kochał moje ciało… choć co do tego też mam wątpliwości. Oddałam mu wszystko i już nie było odwrotu. Bawił się, a gdy dostał to czego chciał, czyli się w końcu ze mną przespał, zostawił zadowolony i dumny z siebie, że może mieć każdą, zapomniał o moim istnieniu, wiadomo… przestałam być wartościowa… Zabawne, prawda? Nie śmiejecie się? Jak to przecież dla was jestem tylko rzeczą.
Chcecie herbatę? Ja bym się napiła, jest tu gdzieś czajnik? Mam siedzieć na miejscu? Dobra. Ale czuję się jakby przykuta do krzesła. Świat się nie zawali jak wypijemy sobie herbatkę. Nie? Jeju… już, dobra, dobra, będę grzeczna. Strasznie sztywni jesteście. Ja zbyt bezpośrednia? Gdzieś już to słyszałam. Po co mam owijać w bawełnę? Prędzej czy później i tak wszystko wyjdzie na wierzch. Byście woleli później? Optymiści.
Powiem wam coś w sekrecie… tak, po to tu jesteście w końcu… Chwilami brzydzę się samej siebie, swojej fizyczności i tego kim jestem. Często płaczę sama nad sobą… wiem to egoistyczne… i mnie aż siebie żal… I…
O, herbata, dzięki. Że się ładnie uśmiecham? Może po spotkaniu pójdziemy na spacer? Ha! Widzisz chciałbyś, tylko by cię tu wszyscy zabili wzrokiem. Doskonały przykład. Chętnie by mnie zaciągnął w krzaki, choć mnie nie kocha. O tym właśnie mówię. Mam ładne nogi, wiem, wiem… Ej, no już nie kłóćcie się. Facet przynajmniej mówi prawdę. Że nie powinien? A skąd pani to wie? Założę się, że jakby to powiedział pani to by nie było awantury. Mylę się? No tak też myślałam. A pani nie jest „prostytutką”? Jakie to profesjonalne słowo. To znaczy, że pani można powiedzieć coś miłego, a mnie nie? Speszona? Nie? Ho, ho, to skąd ten rumieniec. No tak… Sprowadzam porządnych chłopców na złą drogę? Widocznie nie byli tacy porządni… ponadto nikt jeszcze nie narzekał… Jeszcze jakiś zarzut? No dalej obrzućcie mnie błotem póki macie okazję.
Nie? Już koniec? Szybko…
Coś więcej o sobie? Po co chcecie mnie poznawać? Widzimy się pierwszy i ostatni raz… Panowie, żeby mnie przelecieć nie musicie mnie znać. Szanowne panie proszę się nie obrażać. Wam też mogę dać swój numer. Jej, jaka powaga, a dajcie spokój… trochę żartu trzeba tu wprowadzić. Co? Nienawidzicie mnie? Tak też myślałam. A pani mnie żal. Temu też się nie dziwię.
Czy można coś dla mnie zrobić? No jasne. Kupić mi czekoladę i tabletki antykoncepcyjne. Mam być poważna? No na pewno… a co możecie zrobić. Załatwicie mi księcia z bajki na białym koniu, który weźmie towar używany z miłością i bez reklamacji. Już nie wierzę w bajki… Choć nie… ja chcę w nie wierzyć…
Bo ja się boję. Boję samotności. Nieprawdopodobne? Patrzcie, a prawdziwe. Trochę makijażu wystarczy by to zakryć. Ha! Zawsze chciałam być zagadką. Powinnam wam pokazać moje wnętrze? Bardzo śmieszne.
Zadziwiam was… Wiem. Dziwicie się, że ktoś taki jak ja może się wciąż uśmiechać. Cóż, ktoś musi. Dzięki temu mam tę pewność, że będziecie na tyle zdezorientowani, że nie będziecie wiedzieć co jest prawdą. Wiecie po co to robię? Chcę uwierzyć, że to co mówię okaże się nieprawdą. Oczekuję, że zaprzeczycie moim słowom, powiecie „ale pani jest wartościową osobą, co też pani wygaduje”. Choć pewnie nawet jakbyście to zrobili to bym nie uwierzyła. To po co tu przyszłam? Ja nie przyszłam tu dla siebie. Tylko dla was.

Skończył nam się czas? No dobrze, to do widzenia.

Dzień dobry. Wcale nie chcę być dziwką…
9


Artykuł ukazał się w wydaniu nr 51 (1014) z dnia 24 Grudnia 2009r.
 
Kontakt z TIT
Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Biuro ogłoszeń
ogloszenia@pajpress.com.pl

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Dział reklamy
tel: (44) 724 64 17 wew. 28

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Redakcja
tel: (44) 724 24 00
redakcja@tomaszow-tit.pl
Artykuły
Informator