tomaszowski informator tygodniowy
Ogłoszenia
Wyróżnione
Sprzedaż Choinek Świątecznych. Tomaszów ul. ...
czytaj dalej »

SKUP AUT, kupię każde auto uszkodzone, rozbite ...
czytaj dalej »

TRANSPORT - 1,5 t i 6,5 t, winda, przeprowadzki, ...
czytaj dalej »
 
Sport

 Nie zapominam o swych korzeniach

 
– W drodze z Bełchatowa do Tomaszowa można wiele przemyśleć i nabrać dystansu do problemów, wiele spraw sobie poukładać – mówi Jacek Nawrocki, pierwszy trener Skry Bełchatów, aktualnego mistrza Polski w siatkówce i jednocześnie nauczyciel w II LO.



Trener Nawrocki bardzo przeżywa każdy mecz.


Ryszard Pożyczka: – Jak się zostaje trenerem najlepszego od kilku lat zespołu w kraju?
Jacek Nawrocki: – Droga do miejsca, w którym obecnie jestem, była długa i pokrętna. Trafiłem do drugoligowej wtedy Skry jako zawodnik. Do tego czasu byłem w Lechii i to bardziej jako trener niż siatkarz. Ale że w Bełchatowie powstawał bardzo fajny zespół, który akurat awansował do II ligi i z aspiracjami dalszego awansu, więc przyjąłem propozycję gry jako rozgrywający. Do pierwszej ligi dobiliśmy się w 1997 roku, a dwa lata później do serii A. Ale tylko na rok. Poczuliśmy gorycz porażki. Na szczęście, kolejny pobyt w I B był krótki. W 2001 roku znów zagraliśmy w gronie najlepszych drużyn w kraju i sprawiliśmy wielką niespodziankę, zdobywając brązowy medal Mistrzostw Polski. Z tym, że ja już wtedy nie grałem. Byłem asystentem trenera Wiesława Czai. Później szkoleniowcami Skry byli Ireneusz Mazur i Daniel Castellani, obecny trener reprezentacji, a ja pracowałem u ich boku.
Dziewięć lat zbierałem doświadczenia, aż w tym roku klub zaproponował mi funkcję pierwszego trenera. I chyba nie była to przypadkowa decyzja. Byłem i jestem zaangażowany w pracę, nigdy nie uciekałem od odpowiedzialności, nie woziłem się na plecach głównych szkoleniowców. Przy każdym miałem trochę inne zadania i wykonywałem je sumiennie. Taka jest przynajmniej ich opinia.

– Przejął pan zespół u szczytu sławy i pełen sław, który już wygrał prawie wszystko. Kibice, a zapewne i władze klubu, oczekują zwycięstw, nie tylko w lidze i Pucharze Polski, ale także w Lidze Mistrzów. Jeśli będą finały i to zwycięskie, to nikt nie będzie miał pretensji, ale z pewnością też nikt bardzo nie będzie chwalił Nawrockiego. Jeżeli natomiast nadejdzie czas porażek, to wówczas na nowego szkoleniowca z pewnością spadnie fala krytyki. Czy to nie za duże ryzyko?
– Podejmując tę pracę zdawałem sobie sprawę z ogromnego ryzyka, że trafiłem na najgorsze miejsce, na które może trafić człowiek zaczynający karierę pierwszego trenera. Lepiej było zaczynać w zespole, w którym nie ma takich aspiracji, w którym każde zwycięstwo byłoby sukcesem. Może byłoby łatwiej, ale czy chodzi o to, by unikać poważnych wyzwań.
Tutaj praktycznie nie mam marginesu błędu i każde niepowodzenie będzie odbierane wręcz jako klęska. Tu liczą się tylko zwycięstwa. W efekcie, co zabrzmi paradoksalnie, ostatnio każdy mecz gramy żeby nie przegrać, a nie walczymy o zwycięstwo.
Oczywiście, przy wpadkach, które są nieuniknione, mógłbym się bronić, że nie powinno się walczyć na czterech frontach (doszło jeszcze wspaniałe klubowe wicemistrzostwo świata w Katarze), że proces szkoleniowy i przygotowania są bardzo utrudnione, a długimi okresami wręcz niemożliwe do zrealizowania, że w końcu nikt nie jest z żelaza i zawodnicy zaczną pękać. Od mobilizacji do mobilizacji drużyny długo prowadzić się nie da. Dlatego porażki muszą być wkalkulowane w nasze rozgrywki. Nikt nie jest w stanie grać na wysokich obrotach cały sezon. Forma musi falować. Potrzebujemy choć trochę wyrozumiałości. Tym bardziej, że ciągle są problemy kadrowe. Mamy dwóch nominalnych atakujących (Mariusz Wlazły i Jakub Novotny – przyp. red.), ale obydwaj jeszcze nie doszli do formy. Dlatego musimy grać różnymi systemami, co, niestety, nie zawsze się sprawdza. Uważam, że na dziś mamy sporo szczęścia, bo przynajmniej w kluczowych meczach nie zawodzimy.

– A co będzie, jeśli się nie uda sięgnąć po najwyższe laury?
– Decyzja nie będzie należała do mnie. Mam ze Skrą podpisaną umowę na dwa lata i to jest fakt aktualny. Wierzę, że będzie dobrze, bo inaczej nie podejmowałbym się tej trudnej roli. Wierzę w swoich zawodników, w ich odpowiedzialność i wolę walki, w to, że zrobią wszystko, by klub wzniósł się jak najwyżej we wszystkich rozgrywkach. Zespół mam wspaniały. Można z nim wiele osiągnąć.

– Jest pan niezwykle ekspresyjny w czasie meczów. Trener Nawrocki krzyczy, skacze, motywuje. Reaguje bardzo spontanicznie na wszystko, co się dzieje na boisku, a nawet poza nim. Czy nie uważa pan, że to zbyt nerwowe zachowanie? Czy nie obawia się pan o serce?
– Taki już jestem i nic na to nie poradzę. Nie potrafię z chłodną głową przyglądać się grze moich siatkarzy. Ich niepowodzenia są moimi wpadkami, ich sukcesy cieszą mnie bardziej niż wielu innych. Przeżywam każde spotkanie, tym bardziej im jest trudniejsze. Ale wydaje mi się, że lepiej wszystko z siebie wyrzucać od razu, niż siedzieć niby opanowany, a w rzeczywistości kipieć w środku.
A co do serca, to raczej niewielki mam wpływ na to, co się z nim może stać. Staram się utrzymać w przyzwoitej kondycji fizycznej, prowadzić w miarę zdrowy tryb życia, choć to jest bardzo trudne w tej pracy. Stres jest jej nieodłącznym elementem i człowiek jakoś musi go przetrzymać. Podobno z czasem nabiera się na niego odporności, ale wygląda na to, że raczej tylko podobno.

– Od piętnastu lat dojeżdża pan prawie codziennie do Bełchatowa. To ok. 60 kilometrów w jedną stronę. Czy to nie jest zbyt uciążliwe?
– Tak jakoś jest, że codziennie jadę do klubu i codziennie wracam. Nie zdecydowałem się na przeprowadzkę i przyznam szczerze, że nigdy poważnie o tym nie myślałem. W Tomaszowie się urodziłem i wychowałem, tu ma swój dom. Uważam to miasto za swoje, a co najważniejsze po prostu lubię tu wracać.
Im dłużej to trwa, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że tak jest dobrze. Mieszkanie w Tomaszowie pozwala mi oderwać się od pracy, zapomnieć o niej choć na chwilę. Dom jest swoistym azylem.
Jednocześnie kilkugodzinna podróż jest okazją do przemyślenia wielu rzeczy, do poszukania nowych rozwiązań, a także daje możliwość nabrania odpowiedniego dystansu do problemów, do poukładania wszystkiego według hierarchii ważności. Spokojna jazda samochodem daje też czas na wyciszenie, na pozostawienie problemów za sobą.
– Jak się orientuję, dzień pracy zaczyna się dla pana o godz. 7.00 w II Liceum Ogólnokształcącym. Później krótki czas na załatwienie pewnych spraw i wyjazd do Bełchatowa. Wraca pan do Tomaszowa około godz. 21.00. Jak to przyjmuje rodzina?
– Jakoś udało się poukładać sprawy rodzinne, choć ciągle nie jest to łatwe. Żonie ciężko to tolerować, trudno się godzić bezkompromisowo na taki stan rzeczy, ale stara się być wyrozumiała, bo wie, że rodzina jest dla mnie najważniejsza. I pewnie dlatego tak chętnie wracam do domu, bo mam tu ciepło tak potrzebne każdemu, bo jest kochana osoba, z którą mogę porozmawiać o wszystkim, również o problemach, bo w końcu mam do kogo się przytulić i choćby zwyczajnie pomilczeć.
Mamy wspaniałe dzieciaki, które na szczęście nie idą w ślady ojca i nie wpadły w sport po uszy. 18-letni Bartek już szykuje się do matury w II LO. Jest raczej humanistą. Właśnie został laureatem szkolnego konkursu „O Literacki Laur Arbuza”. 13-letnia Oleńka skończyła Szkołę Podstawową nr 12 z wyróżnieniem i jest w pierwszej klasie Gimnazjum nr 6.
Żałuję, że nie mam dla nich tyle czasu ile powinienem, ale staram się nadrabiać zaległości, kiedy się tylko da, a już po sezonie większość czasu poświęcam moim bliskim. Życie tak mi się ułożyło, że rok dzieli się na dwie części – sportową i rodzinną. Ta druga jest krótsza, więc trzeba maksymalnie wykorzystać czas, by choć w części zrekompensować wcześniejsze nieobecności. I chyba mi się to udaje.
I tak jestem w lepszej sytuacji od większości trenerów, którzy są na emigracji lub prawie jak na emigracji. Jestem w domu i tylko zdarzają się wyjazdy. Oni są z dala od rodzin. Coś za coś. Koszty sławy i dobrej, ciekawej pracy są ogromne.

– Czy trenerowi takiego klubu jak bełchatowska Skra potrzebna jest praca nauczyciela w II LO?
– Robię to, bo uwielbiam pracę z młodzieżą i traktuję ją jak najbardziej serio. Mógłbym powiedzieć, że wręcz jest to mój konik, moje hobby. Łączenie tych dwóch zajęć jest trudne ze względów czasowych i tylko czasowych. Może przyjdzie kiedyś czas, że z którejś z prac będę musiał zrezygnować, ale dopóki daję radę, jest fajnie. I mam nadzieję, że młodzieży także to pasuje.
W szkole pracuję na pół etatu między 7.00 a 8.45. Gdy muszę wyjechać, biorę urlop bezpłatny, ale nie ma tego zbyt wiele. Pod względem absencji w szkole nie wyglądam źle, bo bardzo chcę tu przychodzić. Często powrót ustawiam tak, by zdążyć na lekcje. Bywa, że wracam do Tomaszowa o piątej, a o siódmej jestem w pracy. A poza sezonem jestem dostępny dla uczniów nie tylko w pracy. Staram się spotykać z młodzieżą nawet w czasie wakacji.
– Pańskie dzieci nie są sportowcami, a jak w takim razie się stało, że Jacek Nawrocki został siatkarzem, a później trenerem?
– Wszystko zaczęło się w SP nr 9, gdzie nauczycielem wuefu był Kazimierz Bińczyk. To on zaszczepił mi chęć uprawiania tej a nie innej dyscypliny, choć próbował prawie wszystkiego, co było u nas możliwe. Zaraz potem trafiłem do Lechii, gdzie przeszedłem normalny szlak początkującego sportowca od młodzika, poprzez kadeta i juniora starszego, po seniora. Były nawet sukcesy. Jako kadeci zdobyliśmy srebrny medal mistrzostw Polski, a jako juniorzy sięgnęliśmy po brąz. Po maturze w II LO poszedłem na Akademię Wychowania Fizycznego w Warszawie i pięć lat grałem w tamtejszym AZS-ie. Po ukończeniu studiów wróciłem do Tomaszowa. I wtedy już wiedziałem, że trenerka siatkówki to jest to, co najbardziej lubię. Grając w pierwszej drużynie Lechii prowadziłem juniorów i udało nam się awansować do finałów mistrzostw Polski. Później coraz bardziej zajmowałem się szkoleniem niż grą, aż przyszła propozycja zagrania jako rozgrywający w Skrze. Pojechałem do Bełchatowa na rok, a zostałem na piętnaście już lat.

– Tomaszowska siatkówka lata świetności dawno ma za sobą. Czy jest nadzieja, że kiedyś powrócą?
– W całej mojej przygodzie z siatkówką nigdy nie zapomniałem o swoich korzeniach, o tym skąd się wywodzę. Zawsze miałem na sercu dobro siatkówki w Tomaszowie i bardzo się cieszę, że są ludzie z pasją, którzy podtrzymują siatkarskie tradycje naszego miasta. Robią to na miarę swoich możliwości. Po kilku latach zapaści awans do II ligi jest z pewnością sukcesem.
Ale naszej siatkówce potrzebna jest pomoc i życzliwa atmosfera. Wszystkie problemy można rozwiązać, jeśli jest wola i współpraca. Liczę, że tomaszowcy kibice będą mieli coraz więcej radości z występów siatkarzy. Może kiedyś tu wrócę? I wtedy na pewno nie uznam tego za spadek, za obniżenie kategorii. W Tomaszowie można robić siatkówkę na wysokim poziomie.
– Przed nami święta i niebawem nowy rok. Jaki powinien być?
– Ja cele mam jasno określone i będę dążył wszystkim siłami, by je osiągnąć. Czy się uda, zobaczymy za pięć miesięcy. Wszystkim zaś czytelnikom TIT-u z całego serca życzę spokojnych i szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia oraz by nadchodzący 2010 rok był jak najlepszy pod każdym względem. Dużo szczęścia w rodzinie i sukcesów w pracy zawodowej.



Jacek Nawrocki urodził się 20 sierpnia 1965 w Tomaszowie i ciągle tu mieszka. Jest absolwentem II LO i AWF Warszawa. Z żoną Agnieszką mają dwoje dzieci. Wrócił do szkoły, w której się uczył, ale w innym charakterze. Jest nauczycielem wychowania fizycznego w II LO.
Nawrocki przygodę z piłką siatkową rozpoczął w Lechii w 1977 roku i grał w niej do 1984 r. Przez pięć lat występował w AZS AWF Warszawa. Po studiach wrócił do Lechii. W 1991 roku krótko reprezentował Włocłavię Włocławek. Po dwóch kolejnych sezonach w Lechii w 1994 roku trafił do Skry. W Bełchatowie zakończył karierę zawodniczą w 2001 roku.
Pierwszą pracę szkoleniową podjął w „swojej Lechii”. Od 2001 r. był drugim trenerem w bełchatowskiej Skrze. 9 stycznia tego roku podpisał kontrakt na funkcję pierwszego trenera tego zespołu. Zastąpił dotychczasowego szkoleniowca Daniela Castellaniego, którego był asystentem przez trzy lata.


Ryszard Pożyczka   

Artykuł ukazał się w wydaniu nr 51 (1014) z dnia 24 Grudnia 2009r.
 
Kontakt z TIT
Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Biuro ogłoszeń
ogloszenia@pajpress.com.pl

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Dział reklamy
tel: (44) 724 64 17 wew. 28

Tomaszów Mazowiecki - baza wiedzy Redakcja
tel: (44) 724 24 00
redakcja@tomaszow-tit.pl
Artykuły
Informator